Nowy Jork: metamorfoza sezonu

Nowy Jork mnie przytłaczał, ale jednocześnie nie pozwalał być obojętną i zniechęconą. Długi lot i zmiana czasu dawały mi w kość. Budziłam się o trzeciej nad ranem lokalnego czasu gotowa do wyjścia. Popołudniu mogłam zasnąć na ławce. Ale Nowy Jork nie pozwala spać. Jest jak wciągająca książka, którą czyta się do późna mimo, że trzeba wstać wcześnie następnego dnia.

We wtorek, parę dni po przylocie do NY, trafiłam w okolice High Line, o której tyle się mówi od paru lat. Znów było ciepło. Niskie, listopadowe słońce przebijało się przez miejski kurz i zmuszało do mrużenia oczu. Mój jesienny płaszcz zmieniał miejsce, co rusz zakładany lub zdejmowany. Ciepłe deski i nagrzany kamień posadzki High Line były idealne do siedzenia. Znalazłam więc miejsce dla siebie, z widokiem na wodę rzeki Hudson. Tłumek turystów ciągle jednak przetaczał się za moimi plecami. Nie tak sobie to wyobrażałam. Zmieniałam miejsce kilka razy, szukając spokoju. Sądziłam, że High Line nie będzie aż taką „turystyczną atrakcją”, zwłaszcza we wtorek przed południem. Nie bez powodu być może pojawiły się mini-płotki odgradzające roślinność.. Czy to wciąż park?

Ciekawe jak z zupełnie opuszczonego miejsca High Line, stało się bardzo restrykcyjnie uregulowaną przepisami przestrzenią, w której więcej nie wolno niż można, pożądanym sąsiedztwem, z rosnącymi cenami za metr kwadratowy i dobrym tłem dla hasła „Luxury Rentals on The High Line”…Piękna idea zmiany przemysłowej linii kolejowej w coś na kształt miejskiego parku stała się ofiarą swojego sukcesu.

Skromna, do niedawna zupełnie dzika przestrzeń w mieście. Nieużytek. Zarośnięte trawą pordzewiałe tory dostępne dla miejskich poszukiwaczy przygód. Teraz – turystyczny hit, „must-be”, przy którym trzeba zrobić sobie selfie. Obiekt totalnej rewitalizacji, pożądany widok z okna. Czy naprawdę? Przykład High Line był i nadal jest podawany jako wzorcowy sposób rewitalizowania poprzemysłowej infrastruktury, przywracania jej miastu, przy jednoczesnym nadawaniu jej nowej roli. Ale ja myślę o tym miejscu z pewnym żalem. Szczególnie w odniesieniu do jego południowej części. Stało się „metamorfozą sezonu”, niczym twarz nieśmiałej, cichej dziewczyny w telewizyjnym show. I myślę, że być może architektura miasta nie powinna być polem takich totalnych eksperymentów? Może to „przywracanie świetności” powinno odbywać się inaczej, powoli, małymi krokami, drobnymi gestami codziennego dbania o miejsce? Może nie chodzi o to by mieć nową twarz, ale twarz piękną..?

← Previous post

Next post →

6 Comments

  1. Myślę, że jeśli rewitalizacja pociągnęła za sobą kolejne zmiany, to znaczy że decyzja dotycząca dotycząca przebudowy była strzałem w 10;)

    • Jestem zdania, że decyzja o rewitalizacji tego specyficznego miejsca była słuszna, ale jej skutki poboczne budzą we mnie mieszane uczucia. To bardzo współczesny, aktualny problem wielu miejsc, których życie w pewnym sensie zamarło. Chyba nie wiemy jeszcze jak postępować z takimi miejscami..

  2. Ciężko mi się wypowiedzieć na temat High Line, bo tam nie byłem. Trochę jednak się zdziwiłem czytając Twój post, że nie jesteś z tego projektu zadowolona. Może masz racje, że projekt stał się zbyt szybkim sukcesem, ale z drugiej strony chyba na tym polega rewitalizacja, że poprawia się „kawałek” dzielnicy i reszta poprawia się razem z nią. Efekt „wow” zawsze z czasem mija, a zrewitalizowana dzielnica już zostaje zrewitalizowana.

    • Dziękuję za komentarz. Właściwie nie tyle nie jestem zadowolona, co po prostu trochę rozczarowana. I o tym głównie pisałam. High Line samo w sobie jest świetną przestrzenią w mieście. Może za mało o tym napisałam… Ale to, co dzieje się przy okazji już nie jest takie jak sobie wyobrażałam. O rewitalizacji i kwestiach z nią związanych, o ryzyku gentryfikacji, pewnie można by długo. Chyba to hasło (gentryfikacja) gdzieś miałam w tyle głowy pisząc o High Line.
      To trochę jak ze starym, podniszczonym stołem, noszącym ślady wielu spotkań. Postanawiamy go naprawić, ale z jakichś powodów robimy to totalnie. Jest jak nowy. Nie widać żadnych rys, uszkodzeń, wszystko zostało wyszlifowane i zalakierowane na nowo. I okazuje się, że już nic do niego nie pasuje, że trzeba kupić nową zastawę, nowe krzesła. I to robimy. I w sumie fantastycznie. Ale to już nie „TO”. Przynajmniej dla mnie.. A o innym podejściu do naprawiania pisałam tutaj: http://www.lekturyarchitektury.pl/architektura/zlote-spekania/ 🙂

  3. Wiele bym dała, żeby móc polecieć do Nowego Jorku 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *