W poszukiwaniu ciszy

Wąską drogą, poprowadzoną na nasypie, tuż nad powierzchnią wody, wjeżdża się do starej Wenecji od strony Mestre – dzielnicy położonej na lądzie. Doskonale widać z tej wąskiej drogi zaplecze miasta, oczyszczalnie ścieków, magazyny, przetwórnie śmieci, walcowate zbiorniki paliwa. Wszystko, na czym przeciętny turysta się nie skupia. Wjeżdża głodny doświadczeń z goła odmiennych. Odsuwa myśl o tym, czy w otaczającej Wenecję wodzie jest jeszcze jakieś życie. Czy w Wenecji jest jeszcze jakieś życie…

Bardzo długo zbierałam się, by napisać o mojej majowej wyprawie do Wenecji. Wracałam do niej po ponad dwudziestu latach. Zapamiętałam jej obraz z 1996 roku. Jadąc tym razem, po raz drugi, miałam jednak w głowie nie tamte, piękne wspomnienia, a raczej obawy, że zobaczę przytłoczone, zmęczone miasto..

Miałam też obawę, że dokładam się do tego stanu, że przeze mnie jest o jedną osobę więcej, o jedną osobę za dużo. Może powinnam była zawrócić i wybrać inny cel? Jednak siedziałam w miejskim autobusie jadącym z Mestre do starej Wenecji. Postanowiłam, że tym razem ominę wszelkie, znane z przewodników miejsca, że poszukam ciszy i pustki w Wenecji. Że pójdę prowadzona mentalną mapą, jaką miałam w głowie, bez planu i tras wyznaczanych punktami GPS. Trafiłam do miejsc, które wydały mi się autentyczne, tutejsze (tamtejsze…?). Ogarniało mnie w nich poczucie wejścia w naturalny rytm życia Wenecji.

Szłam „za ciszą”, oddalając się od gwaru. Architektura Wenecji pomagała mi wybierać ścieżki, które prowadziły mnie do miejsc pozbawionych potocznej atrakcyjności, za to zaskakującej spokojem i dających poczucie czasem wręcz niestosownego wejścia w intymną przestrzeń. Wąskie przejścia, korytarze pomiędzy, niejako „pod”, ogromnymi kamienicami, sotoportego łączące niewielkie placyki… – to one wyznaczały moją ścieżkę, która otwierała się niekiedy na niemalże prywatne przestrzenie. Ich umowne „sufity” wykreślane były sznurami prania. Jest życie.. Wenecja wciąż żyje – pomyślałam cofając się. Nie chciałam wchodzić dalej, przekraczać umownej granicy. Miałam poczucie, że nie powinnam naruszać tego spokoju swoją obecnością. Byłam już i tak bardzo wewnątrz...

Skomplikowany system miejskich wnętrz odkrył przede mną część swoich tajemnic. Pozwolił być naprawdę blisko i wyjść z roli obserwatora, uczestniczyć w życiu miasta złożonego z dziesiątek architektonicznych elementów*, warstw nałożonych jedna na drugą, tworzących wibrujący obraz…  Nie odwiedziłam tym razem żadnego ze znanych placów, nie byłam w pałacach i kościołach. Weszłam na dziedziniec szkoły architektury, wpiłam kawę podsłuchując rozmów studentów.. Znów byłam wewnątrz i bardzo blisko. 


*Giulia Foscari „Elements of Venice” (przedmowa: Rem Koolhaas) – warto!

← Previous post

1 Comment

  1. Wenecja, każdy powinien choć raz tam sie udać, wyjątkowe miejsce

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *