Okolicznik miejsca

Mam „swoje” miejsca. Każdy chyba je ma. Szczególne, w których wracają wspomnienia albo widać coś więcej. Zwykło się mówić, że historie dzieją się w jakiś miejscach. Zdarzenia, sprawy, rzeczy, ludzie.. – wszystko to gdzieś lokujemy. Okolicznik miejsca jest zatem w języku bardzo potrzebny. Literatura ocieka, czasami bardzo szczegółowymi, opisami miejsc, w których dzieją się historie bohaterów. Tak, jakby miejsce istniało samoistnie, wcześniej przygotowane pod przyszłe zdarzenia.

Gdyby jednak spojrzeć inaczej na miejsce? Nie jak na obszar czy punkt odniesienia, ale raczej na to, co konstruowane jest nieustannie poprzez różne aspekty i warstwy – historię, ludzi, architekturę, przyrodę. Miejsca tak rozumiane są bliskie i oswojone oraz pociągają tym, co prawie niewidoczne, nieobecne albo ukryte.. W miastach, które narastają, nietrudno znaleźć miejsca wypełnione treścią. To tam swoje ścieżki wydeptuje miejski „flaneur”. W przeciwieństwie do modernistycznych osiedli-maszyn, stworzonych niczym scenografia, od zera, dla określonej funkcji. Od razu myślę o nie-miejscach, które są przestrzeniami do przebycia, a nie bycia w nich z wyboru.

Jest taki moment w pracy badacza przestrzeni, w którym po jakimś dokonanym odkryciu, nie można już wrócić do wcześniejszego sposobu patrzenia. Trochę jak z iluzorycznymi obrazkami przedstawiającymi wazon, którego kształt formowany jest przez dwa skierowane ku sobie profile twarzy. Kiedy już je dostrzeżemy, trudno z powrotem widzieć wazon. To bardzo ciekawa zabawa z umysłem. Można tak patrzeć również na miasto poszukując „punktów zaczepienia”, które poprowadzą i pozwolą odkryć coś więcej.

← Previous post

Next post →

2 Comments

  1. Myślę, że ta zmiana sposobu patrzenia po dokonanym odkryciu dotyczy wszystkich dziedzin życia – każdy dzień, każda nowa informacja sprawia, że stajemy się innymi, bardziej wnikliwymi ludźmi. Nauka jest potężna!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *