Nowy Jork: brooklińskie schody

Brooklyn ma w sobie coś… holenderskiego. Jest przyjazną przestrzenią, o dobrych, ludzkich proporcjach, z dużą ilością wielkich, starych drzew, które sprawiają, że bądź co bądź szerokie ulice nabierają kameralności, momentami zyskując sufit z zielonych koron. Wiele budynków ma rodzaj przedproży, odkrytych lub zabudowanych schodów wysuniętych poza ich obrys. Ciekawe, że schody są różne – jedne biegną dokładnie na wprost wejścia, inne skręcają, żeby zmieścić się w niewielkiej przestrzeni między ścianą budynku a chodnikiem. W tej przestrzeni często stoją wielkie donice z roślinami, które jesienią lekko przymierają, jakby zmęczone już słońcem lata. Hmm.. nowojorskie schody to temat na odrębny wpis.
Jesienny Brooklyn jest cudownie przyjemny. Mieszkałam w chyba najstarszej jego części, w pobliżu stacji Newkirk Plaza. To jedna z pierwszych osad holenderskich – Flatbush, założona jako „Midwout” w 1652 r. i wypełniona wiktoriańskimi, obszernymi domami z charakterystycznymi zadaszonymi tarasami, na których stoją bujane fotele. Klasyka gatunku. Kadry jak z amerykańskich filmów familijnych. Okna witrażowe, dużo drewna, dwie przyścienne kolumny oddzielające jadalnię od przestrzeni salonu z kominkiem. Na końcu kuchnia z wyjściem na małe podwóreczko i małym zejściem po schodkach do spiżarni. Główne, drewniane, skrzypiące schody prowadzą z holu na piętro, pokazując po drodze jak blisko siebie stoją domy – małe okienko wychodzi na drugie, również niewielkie, na ścianie sąsiadującego domu. Jeśliby je otworzyć, można się przywitać z sąsiadem podając rękę. Jak to możliwe? Z zewnątrz nie widać tej “ciasnoty”. Co więcej – okolica wydaje się bardzo przestronna, choć jednocześnie przytulna.
Na każdym większym skrzyżowaniu – pralnia, warzywniak, sklep z gazetami i bar lub kawiarnia. Do jednej z nich – Cafe Madeleine – trafiłam podczas mojego pierwszego spaceru. Gwarna, wypełniona przyjemnymi zapachami. Polecił mi ją Amerykanin, którego spotkałam w metrze z lotniska. To tu dostanę kawę w rozmiarze „amerykańskim”… Biorę więc ją na wynos i idę w stronę Prospect Park. Jest ponad połowę mniejszy niż Central Park i polubiłam go od razu. Może dlatego, że jest dużo spokojniejszy, może też dlatego, że otaczają go budynki, których nie widać zza drzew…? Parę stacji metra dalej, w stronę Manhattanu, można dotrzeć do Brooklyn Heights – zamieszkam tam, kiedy będę następnym razem. To okolica położona bliżej Brooklyn Bridge. Budynki mają często schody, które prowadzą na półpiętro i w dół, na poziom “minus jeden”. Dwa poziomy sklepików, warsztatów, kawiarni, nad którymi mieszczą się mieszkania. Bardzo przyjemna okolica, w której miło się szwędać. Jestem chyba przyzwyczajona i przywiązana do mojej wizji miasta: europejskiego, z ulicami, których krańce ścian ogarniam wzrokiem, z zielenią i intensywnym, ale lekko spowolnionym życiem w parterach, z rozdrobnieniem miejskiej struktury, z warstwowością fasad budynków. I choć Brooklyn jest w swoim urbanistycznym układzie regularny jak Manhattan, to jednak zupełnie inaczej go odbieram. Jest inny. Przedziwnie się czuję. Ale jest mi tu dobrze…

← Previous post

Next post →

1 Comment

  1. Brooklin is the best 🙂 Byłem tam wielokrotnie i jeszcze nie raz odwiedzę 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *