Jesienny Nowy Jork jest ekscytujący. Wypełniony ludźmi i światłem. Ciepłem zapachów, które otulają i zachęcają, by zawrócić, kiedy przechodzi się obok kawiarni. Więc wchodzę do niewielkiej brooklyńskiej cafe, którą polecił mi miły człowiek w metrze i zamawiam caffe latte nouveau w rozmiarze medium. Zapominam, że amerykańskie medium nie oznacza tego, co miałam na myśli. Rozumiem to dopiero kiedy dostaję wielki kubek, wypełniony kawą. Śmieje się ze mnie stojący tuż obok potężny chłopak. Mówi, że Europejczycy potrzebują paru dni, by przywyknąć do amerykańskich proporcji. Coś w tym jest… Zwłaszcza w przestrzeni miasta. Tutaj wszystko jest duże i wszystkiego jest dużo. Wielkie budynki, wielkie ulice, których proporcje można sobie jedynie próbować wyobrazić kiedy jest się daleko. Dopiero wyjście z metra na jednej ze stacji w Midtown uzmysławia, że drugiego takiego miasta po prostu nie ma. Staję więc i spoglądam do góry szukając najwyższych gzymsów. To zupełnie bezcelowe – okazuje się po dłuższej chwili.

Po Nowym Jorku chodzę celowo omijając typowo turystyczne atrakcje. Po paru godzinach mam w głowie mapę Manhattanu i rozumiem logikę prostokątnego układu ulic. W tym mieście nie ma zaułków, przytulnych placyków i intymnych przestrzeni dobrze mi znanych z miast południowej Europy. Czuję się więc przytłoczona, specyficznie zmęczona wrzuceniem w tryby tej ekscytującej maszyny – ucieleśnienia marzeń, mieszanki gorących pragnień i chłodnej kalkulacji.  Jest jednak coś, co czuje się w powietrzu, co nie pozwala jednak określić tej przestrzeni jednoznacznie negatywnie. Nie wiem wciąż jeszcze co.

(posłuchaj nagrania soundscape: Central Park)

Tymczasem trafiam do absolutnie najlepszej niezależnej księgarni w Nowym Jorku, nieopodal Union Square. Odpoczywam przeglądając książki o architekturze. Jest ich tyle, że wrócę drugi raz, by móc wybrać co będzie moją pamiątką z podróży. Przywiozę ze sobą osiem książek, wśród nich kilka jeszcze ciepłych nowości, poleconych przez studentów z nowojorskiej School of Visual Arts, którzy podzielili się informacjami kto jest teraz najbardziej „hot”(jakkolwiek to brzmi) myślicielem. Więc tak, to tu rodzą się trendy, to tu atmosfera „wszystko jest możliwe” daje pole do twórczego rozwoju.

Kolorowe, pogodne miasto, w codziennym rytmie przepływów jest przyjazne i na swój sposób dające poczucie uczestniczenia w publicznym miejskim rytuale. Najbardziej kolorowy jest Times Square. Jest jak „lajfstajlowy” magazyn, w którym, by dotrzeć do wstępu trzeba przebić się przez czterdzieści stron reklam. I nie bardzo w sumie rozumiesz dlaczego masz tę gazetę w ręku, bo nic nowego do twojego lajfstajlu nie wnosi, a jednak patrzysz na te wystylizowane zdjęcia jak zaczarowany.. Ekscytują i zniechęcają brakiem treści jednocześnie. Budynki, które są i ich nie ma, bo zamiast nich widzisz ekrany, ale jednak czujesz bardzo mocno, że są i są zdecydowanie za duże.. Miasto-maszyna, logiczne na swój sposób, super funkcjonalne, egzystencjalne, deliryczne..

cdn.

Chcesz przeczytać poprzedni wpis o Nowym Jorku – kliknij w link.