Bardzo czekałam na tę podróż. Jechałam zupełnie sama. Dziesięć dni fantastycznej, wymarzonej podróży do świata, w którym nigdy nie byłam, który był dla mnie pociągającą zagadką. Do tygla, o którego ekscytującej mieszance dotąd tylko czytałam. Wreszcie, na początku listopada, kiedy tu już wszystkie liście opadły i funkcje świata zdawały się ustawać na zimowy moment, wsiadłam do samolotu, by za chwilę (bo co to jest te parę godzin tak naprawdę..) znaleźć się w wypełnionym słońcem, rozgrzanym Nowym Jorku.

Miasto powitało mnie piękną jesienią, oświetlone niskim światłem, wydobywającym kontrasty. Filmowa sceneria. Jawiło się takie jakie znam z amerykańskich filmów: głośne, duże, zabarwione czerwienią i błękitem w różnych odcieniach, chropowate. Na pewno nie zimne. Chciałam zrozumieć, spróbować zrozumieć, jego fenomen. Wciągało mnie jak żadne inne dotąd. Otoczyło muzyką, gwarem rozmów w różnych językach, dźwiękami charakterystycznymi tylko dla siebie.

(posłuchaj nagrania soundscape: metro, linia Q, stacja Prince Street)

Nieludzka przestrzeń, miasto – maszyna, w której mieszkają niesamowicie otwarci, życzliwi ludzie. Wcale nie ma pośpiechu, jest dobra dynamika, pozytywne drżenie oczekiwania na to, co przyniesie dzień. How are you? How is your day, today? – rytuał pozwalający wierzyć, że widzimy się nie po to, by tylko się minąć. Ludzie są odpowiedzialni za relacje, czuję to. I nie mam wrażenia, że to tylko miła powierzchowność. To ten luz kontaktu, ciekawość spotkania z Drugim, Innym. Może nie bez powodu to właśnie w Ameryce urodził się jazz…? Pierwsza rozmowa, zupełna improwizacja, jeszcze w metrze z lotniska. Okazuje się, że jedziemy w tę samą stronę, więc jest czas na pogawędkę. Sprężysty angielski z lekkością zaczyna wchodzić w głowę, by na te dziesięć dni stać się językiem myśli. By zrozumieć. By spróbować.

Manhattan ma rdzawy posmak. Rozumiem dlaczego metro to po prostu metro, ewentualnie subway, ale na pewno nie underground. Jest tak blisko, że czuje się drżenie miejskiej podłogi. Wnętrze tunelu dzieli z ulicą grubość jezdni. Może czasem więcej, ale nigdy tyle, by potrzebne były ruchome schody. Przez kraty w chodniku słychać charakterystyczne dudnienie i czuć zapach kurzu. Unosi się wszędzie. Miesza się z aromatem kawy i dźwiękami jazzu, który wciąż ma się tu dobrze. Ceglane fasady, stalowe konstrukcje wielkich reklam i zbiorników na wodę, pomarańczowe taksówki, pożółkłe od jesieni skrawki roślinności. Ten rdzawy koloryt wbija się pod powieki, które mrużę zmęczona popołudniowym, niezwykle ciepłym jak na listopad, słońcem.

Pierwszy dzień to zachłanne patrzenie na miasto. Nowy Jork ma zupełnie inny „smak” niż miasta europejskie jakie znam. Niepodobne do niczego, tak bardzo charakterystyczne i wyraźne. Przytłaczające, ale i zadziwiające tak bardzo, że zwlekam z powrotem do mojego brooklyńskiego domu aż zapada głęboki zmrok i gubię się w tej logicznej, prostej siatce ulic, tracąc orientację. To lubię! Flaneuse w Nowym Jorku. Tak!

cdn.