Rutyna dnia

Często czytam o rytuałach dnia. Dobrze jeśli są. Ale rytuał kojarzy mi się z rodzajem świętowania, dalekiego od codzienności. Rytuałowi bliżej do ceremonii i wyjątkowej sytuacji. Mam wrażenie, że samo słowo bywa nadużywane, by nadać wyjątkowości zwyczajnym sytuacjom.

Wolę rutynę. Oswoiłam to słowo kiedy uczestniczyłam w konferencji poświęconej architekturze i brałam udział w ciekawej kuluarowej dyskusji o rutynie dnia (daily routine) właśnie. W gronie osób zajmujących się architekturą – projektantów, krytyków, pedagogów – wymienialiśmy się opowieściami o naszych codziennych czynnościach, które pozwalają utrzymać bieg zdarzeń we właściwym tempie – ani zbyt pospiesznym, ani zbyt powolnym. Dyskusja krążyła wokół tego co sprzyja rozwojowi, co pobudza myślenie, a bez czego trudno się obejść. Dla jednych to czas przeznaczony tylko na czytanie. Dla innych – twórcza rozmowa. Jeśli gdzieś obok pachnie kawa… to mniej istotne, choć nie nieważne.

Uporządkuj przestrzeń. Posegreguj, pozbądź się śmieci. Naszykuj miejsce do pracy.

To podstawowa sprawa. Bo choć jestem mistrzynią gromadzenia i układania kartek, wycinków, czasopism w stosy, to staram się regularnie je przeglądać, sortować i odkładać tam, gdzie powinny być. Na moim stole do pracy nie może być niczego co nie jest z nią związane w danym momencie. Bałagan rozprasza. Zaczynam, a właściwie kończę dzień, porządkując stół. Ale porządek ma nie tylko wymiar fizyczny. To również hierarchia tego czym się zajmuję, co jest ważne, istotne dla mnie, czym chcę się zajmować. Tu też potrzeba uważności i skupienia, by nie rozpraszać się, nie dać się uwieść atrakcyjnej wielozadaniowości. Jeden projekt w jednym czasie – ideał, o którym usłyszałam od architektki Magdaleny Staniszkis.. – kiedyś wydawał mi się nieosiągalny. Od kilku lat pracuję w ten sposób.

Napisz choć jedno zdanie. A przynajmniej wróć do tego, co zostało zrobione wczoraj, przeczytaj, przyjrzyj się, wykreśl niepotrzebne.

Ostatni rok pracy dał mi znakomitą lekcję systematyczności. Napisałam ogromną pracę. Dwieście stron tekstu przeplatanego gdzieniegdzie ilustracjami. Takich tekstów nie pisze się w jeden dzień. Potrzebują czasu i uwagi. Dlatego codziennie pisałam. Czasem jedno zdanie, czasem kilka stron. Metoda “twórczych zrywów” się nie sprawdza. Trzeba spokojnej, powolnej, ale regularnej pracy. To te małe kroki, które bardzo skutecznie przybliżają do celu. Lubię pisać rano, jak tylko w domu zrobi się cicho. Piszę do południa. Potem wracam do tekstu wieczorem, by go przejrzeć, skorygować, ale już nie piszę.

Posłuchaj lub przeczytaj. To czas na kawę.

Koło 10:00, jeśli pracuję w domu, parzę kawę. Wcześniej szykuję książkę, artykuł albo film. Daję sobie zwykle pół godziny, czasem dłużej, by pobyć z treściami, które mnie inspirują, ciekawią, zostawiają z pytaniami. Czasem to książka filozoficzna, czasem coś z teorii architektury, rozmowa z architektem albo album przyrodniczy. Na dziś krótki film…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *